Wstęp
Ostatnio sporo mówi się o dwóch podejściach do objętości treningowej: niska objętość kontra wysoka objętość. I wiecie co? Żadna skrajność nie jest dobra. Dlatego dzisiaj pogadamy o tym, dlaczego zbyt mała objętość może być problemem, jeśli zależy Ci na progresie.
Ale najpierw – co to w ogóle znaczy „mała objętość”?
Mówimy tu o 1-6 seriach roboczych na partię mięśniową w tygodniu. Na początku, jeśli dopiero startujesz albo wracasz po dłuższej przerwie, to całkiem sensowny poziom. Twój organizm dopiero się adaptuje, więc taka dawka może być idealna na start.
Problem zaczyna się, gdy… po prostu przestajesz reagować na taką objętość. Wiesz, trenujesz, robisz swoje, ale efekty stoją w miejscu. Co wtedy?
Masz dwie opcje:
- Udawać, że wszystko jest okej i nic nie zmieniać (niestety, tak robi większość).
- Usiąść, przeanalizować plan i… po prostu dodać kilka serii.
I uwierz mi, czasem dodanie 1-2 serii może sprawić, że znowu ruszysz z miejsca. To tak, jakbyś wcisnął przycisk „restart” – znowu rośniesz, i to przez kolejne miesiące.
Umiarkowana objętość
Ale tu pojawia się pytanie: ile tej objętości tak naprawdę potrzeba, żeby progresować latami, bez ciągłego dokładania serii i robienia przerw na deloady?
Spokojnie, są na to sprawdzone widełki: 10-14 serii na każdą partię mięśniową w tygodniu.
To taki złoty środek – nie za mało, nie za dużo. Dzięki temu możesz robić postępy przez długi czas, bez zbędnych komplikacji.
Podsumowanie
Podsumowując:
Przejrzyj swój plan treningowy. Sprawdź, czy przypadkiem nie siedzisz zbyt długo w dolnych widełkach objętości. Może czas coś dodać i w końcu zobaczyć te efekty, na które tak czekasz?
Powodzenia i do zobaczenia na treningu! 💪
